Często zastanawiałam się nad tym, co czyni nas szczęśliwymi ludźmi. Zdesperowana przeglądałam wszelkie fora internetowe z poradami o zyskaniu szczęśliwego życia.
Doceniaj to, co masz. Wykorzystuj szanse. Otaczaj się radosnymi ludźmi. bla, bla, itd.
Ok, popieram wszystkie powyższe rady, ale zastosowanie się do żadnej z nich nie dało mi pełnej satysfakcji. Więc szukałam dalej.
I wiecie, co znalazłam?
Nic.

Aż pewnego dnia uświadomiłam sobie, w czym tkwi mój problem. Otóż problem mój tkwi w innych. Tak, to inni są moim problemem.
Ale zanim zaczniecie komentować głupotę powyższego stwierdzenia, pragnę ją nieco uściślić. A więc:
W XXI wieku (jak i w każdym innym stuleciu) ludzkość przyjęła pewne wzorce, konwencje, normy. Ten (nieświadomy?) błąd polega na tym, że większość z nas próbuje się w te wzorce na siłę wpasować. Bo przecież: "X lat to najlepszy okres życia. Powinniśmy z tego korzystać, bawić się i szaleć!". Próbując podporządkować swoje życie do takiego trybu zupełnie zapomniałam o swojej tożsamości. Ja taka nie jestem. Nie lubię imprez, nie lubię szaleństw i nie lubię zmian. Więc jak mam być szczęśliwa usiłując robić coś, czego nie lubię?
Kolejny krok to akceptacja swojej tożsamości. Szczerze mówiąc, samo przypomnienie sobie o tym, "kim jestem" niewiele mi dało. Zaczęłam źle czuć się z tym, że nie korzystam z życia jak inni, że przyjęty wzór nastoletniego życia XXI wieku nie sprawia mi przyjemności. Dlatego teraz ostro pracuję nad akceptacją. Nie mogę patrzeć na to, w jaki sposób żyją inni. Jedni będą szczęśliwi tańcząc na dyskotekach, inni w domu czytając książkę. Dopiero akceptacja faktu, że szaleństwa nie przynoszą mi uczuciowej satysfakcji, ale przynosi mi ją spokój i realizowanie siebie na swój sposób... to jest
(wg mnie) sedno szczęścia.
(wg mnie) sedno szczęścia.
A ty jesteś szczęśliwy?