poniedziałek, 28 lipca 2014

Charlie - "podpieracz ścian".

 
Więc. Tak właściwie przygotowywałam się do innego wpisu, ale w ostatniej chwili zmieniłam zdanie. Zresztą, nawet nie szykowałam w nim nic nadzwyczajnego. Dzisiaj pobawię się w kogoś na kształt krytyka filmowego, ale na swój sposób.
 
Film, którego temat pragnę poruszyć nosi nazwę "Charlie". Bardzo ładny, prosty tytuł, niczym nie przypominający oryginalnego - "The Perks of Being a Wallflower", a po polsku "Plusy bycia frajerem". Oczywiście "perks" nie znaczy "plusy", a "wallflower" - "frajer", aczkolwiek takie tłumaczenie wydaje mi się być najfajniejszą alternatywą :)

*żeby Was nie ogłupić, trochę teorii:
perks - dodatkowe korzyści
wallflower - osoba podpierająca ściany na dyskotekach.

No. Film przedstawia historię nastoletniego chłopaka, który przez swoją nieśmiałość i małe problemy psychiczne ma trudności z nawiązaniem dobrego kontaktu wśród rówieśników. Jednak spotkanie szalonego Patricka i pięknej Sam zapoczątkowuje historię niezwykłej przyjaźni. Ale czym byłby film bez przeciwności losu? Biedny Charlie nie ma łatwo, lecz dzięki dobremu sercu i przełamywaniu swoich granic, ma szanse na kompletną zmianę swojego życia.

Ok, właśnie ustaliliśmy, że krytykiem filmowym nie zostanę, ale mimo wszystko bardzo polecam tę produkcję. Opis, moim zdaniem, nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale scenariusz, reżyseria, muzyka, obsada! Wszystko świetne!

Za post zabrałam się właściwie dlatego, że już dawno nie obejrzałam filmu, który chciałabym zobaczyć jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz znowu. Bardzo motywuje. Od siebie dodam jeszcze tyle, że moim zdaniem wielu fanów filmu zauważyło właśnie to, że "możemy wszystko, yolo!", ale mało kto dostrzegł, że drogą do tego jest przełamywanie się, znajdowanie w sobie tej krzty odwagi. Stąd, nawiązując do tego, moimi perełkami w filmie są dwa momenty. Jeden, gdy Charlie przełamuje się i zagaduje do Patricka na meczu (co doprowadziło do cudownych rzeczy, jak np. spotkanie swojej miłości - Sam) oraz drugi..: 

 Zapraszam do tańca ;)

(koniecznie całość, to tylko 2 minuty)


*produkcja na podstawie książki Stephena Chobsky'ego.
 

niedziela, 8 czerwca 2014

Magiczne miejsce.

Gdyby tak potraktować magię jako emocję, a nie zjawisko, to teoretycznie można by stwierdzić, że ona istnieje, prawda? Mam nadzieję, bo nie wiem jak inaczej określić to uczucie.
Są takie miejsca lub chwile, w których odczuwamy coś nienazwanego, ale do których epitetów na pewno możemy zaliczyć słowo "przyjemność". Ten, kto miewa takie stany zrozumie... ten, kto nie - sprawa wątpiąca.
"O czym ona pisze? Co to za głupoty?"
No, ostatnio ona ma sporo spraw na głowie. Koniec roku = wielkie zamieszanie. Jak już wielokrotnie wspominałam, nie należę do osób dobrze zorganizowanych. Dlatego zamieszanie końcoworoczne w moim niezorganizowaniu to jak czarna dziura w czarnej dziurze (mistrzyni metafory).
 
Ale wracając z przestrzeni kosmicznej na ziemię... Chciałam się trochę pocackać z tematem. Jak widać, nie poruszyłam żadnych egzystencjalnych kwestii, jak to mam w zwyczaju. Tym razem chodziło mi o coś zupełnie przeciwnego - zero refleksji, zero myślenia. Sam relaks.
Dlatego żeby nadać jakąkolwiek wartość temu wpisowi, może zwrócę uwagę właśnie na odpoczynek. Pomijając fakt, że jest on istotną kwestią w dbaniu o naszą fizyczność, chcę uwzględnić fakt, że dba on również o naszą mentalność.
 
(nie, to nie mój ogródek)
 
Chodzi mi o magię. Magię jako emocję. W dobie współczesnego świata, gdzie rządy objęły pośpiech czy praca, warto czasem przystopować. Warto znaleźć miejsce, w którym czujemy się dobrze i bezpiecznie - taki swój azyl. Moim magicznym miejscem jest mój ogródek. Kocham zieleń, a tutaj jej nie brakuje. Kocham ćwierkanie, a wróble same tutaj przylatują. Kocham nic nierobienie, a tutaj jest ono najprzyjemniejsze.
 
Polecam odpoczynek - od pracy, od myśli, od komputera.
To często pomaga w przywróceniu kondycji naszemu samopoczuciu.

 
 
Masz już swoje magiczne miejsce?

poniedziałek, 5 maja 2014

Sedno szczęścia |?| własna tożsamość.

Często zastanawiałam się nad tym, co czyni nas szczęśliwymi ludźmi. Zdesperowana przeglądałam wszelkie fora internetowe z poradami o zyskaniu szczęśliwego życia.
Doceniaj to, co masz. Wykorzystuj szanse. Otaczaj się radosnymi ludźmi. bla, bla, itd.
Ok, popieram wszystkie powyższe rady, ale zastosowanie się do żadnej z nich nie dało mi pełnej satysfakcji. Więc szukałam dalej.
 
I wiecie, co znalazłam?
Nic.
 
Something,somewhere went terribly wrong
 
Aż pewnego dnia uświadomiłam sobie, w czym tkwi mój problem. Otóż problem mój tkwi w innych. Tak, to inni są moim problemem.
Ale zanim zaczniecie komentować głupotę powyższego stwierdzenia, pragnę ją nieco uściślić. A więc:
W XXI wieku (jak i w każdym innym stuleciu) ludzkość przyjęła pewne wzorce, konwencje, normy. Ten (nieświadomy?) błąd polega na tym, że większość z nas próbuje się w te wzorce na siłę wpasować. Bo przecież: "X lat to najlepszy okres życia. Powinniśmy z tego korzystać, bawić się i szaleć!". Próbując podporządkować swoje życie do takiego trybu zupełnie zapomniałam o swojej tożsamości. Ja taka nie jestem. Nie lubię imprez, nie lubię szaleństw i nie lubię zmian. Więc jak mam być szczęśliwa usiłując robić coś, czego nie lubię?
 
Kolejny krok to akceptacja swojej tożsamości. Szczerze mówiąc, samo przypomnienie sobie o tym, "kim jestem" niewiele mi dało. Zaczęłam źle czuć się z tym, że nie korzystam z życia jak inni, że przyjęty wzór nastoletniego życia XXI wieku nie sprawia mi przyjemności. Dlatego teraz ostro pracuję nad akceptacją. Nie mogę patrzeć na to, w jaki sposób żyją inni. Jedni będą szczęśliwi tańcząc na dyskotekach, inni w domu czytając książkę. Dopiero akceptacja faktu, że szaleństwa nie przynoszą mi uczuciowej satysfakcji, ale przynosi mi ją spokój i realizowanie siebie na swój sposób... to jest
(wg mnie) sedno szczęścia.
A ty jesteś szczęśliwy?

sobota, 19 kwietnia 2014

Muzyka + Książki + Minecraft = LBA i Wielkanoc.

Zamiast zająć się świątecznymi porządkami, wolę dodać wpis, który zapewne nie będzie cieszył się dużą liczbą czytelników. Ale wszystko lepsze niż odkurzanie pokoju, nieprawdaż? Tak oto "pokonuję lenistwo". Efektami podzielę się już w krótce!
 
Do Liebster Blog Award (tak to się pisze?) nominowały mnie dwie osoby: Aleksandra i Muhikons. Bardzo dziękuję, czuję się wyróżniona ^^. Mam nadzieję, że pominięcie wstępu wyjaśniającego zasady LBA nie będzie wielkim grzechem, dlatego oszczędzę tego i sobie i Wam. Poniżej umieszczam 22 pytania i odpowiedzi na nie. Następnie nominuję kilka swoich propozycji, gdyż takie są reguły. Także zapraszam do lektury:
 
Autorka: Muhikons.
1. Czy kiedykolwiek spełniło się jakieś Twoje marzenie?
- Tak, spełniła je setna spadająca gwiazdka, którą o to prosiłam.
2. Wyobraź sobie, że masz kota - pozwalasz mu chodzić po stole i blacie kuchennym?
- Ja tak. Gorzej z moją mamą.
3. Czy fazy księżyca mają wpływ na Twój sen?
- Nigdy nie zwróciłam na to uwagi. Być może mają.
4. Dobrze pamiętasz swoje sny?
- Tylko te straszne albo wyjątkowo miłe. "Zwykłe" słabo pamiętam.
5. Pu-erh. Zdarzyło Ci się to pić?
- Nie, nigdy. Ale jeśli zdarzy się okazja to chętnie spróbuję.
6. Lektury szkolne - zło wcielone czy książki jak każde inne?
- Pewnie jak większość, nie lubię jak mi się coś narzuca. Dlatego
odpowiedziałabym, że zło wcielone, ale przyznam, że jest wiele ciekawych lektur.
7. Co jest straszniejsze - horror-film czy horror-książka?
- Jak dla mnie horror-film. Efekty specjalne często przekraczają
granice mojej mroczniejszej części wyobraźni. 
8. Jesteś duszą towarzystwa czy samotnikiem?
- Zależy od towarzystwa. Są ludzie, przy których mogę się bardzo rozkręcić,
ale zwykle przebywam wśród osób, którzy przyćmiewają mnie swoją osobowością.
9. Potrafisz żyć bez telefonu?
- Oj, potrafię. Wręcz wolałabym bez niego żyć.
10. Lubisz WF?
- Jeszcze w zeszłym roku lubiłam. Dzisiaj jestem w liceum, gdzie sport to poważna
rywalizacja, a ja nie jestem w tym mistrzem. Po stercie wyzwisk, trochę się zniechęciłam. 
11. Starasz się zdrowo odżywiać?
- Staram się. I chyba na tym się kończy.
 
*     *     *
 
Autorka: Aleksandra.
1. Czy należysz do jakiejś subkultury?
- Nie, nie należę do żadnej subkultury.
2. Jakiej muzyki słuchasz?
- Wszelakiej. Lubię muzykę alternatywną, ale chętnie
słucham klasyki, indie rocka, a czasem nawet popu.
3. Czy jesteś miłośnikiem książek?
- Może nie miłośnikiem, ale lubię czytać i mogłabym to robić częściej.
4. Czy jesteś wegetarianinem?
- Hm. Mięso jem, ale nie z przyjemnością. Gdyby nie ten
cały "zdrowy proces dojrzewania", zapewne mięsa bym nie tknęła. 
5. Czy potrafisz obejść się bez telefonu?
- Potrafię i robię to z chęcią.
6. Czy jesteś tolerancyjną osobą?
- Do tej pory jeszcze nie zauważyłam u siebie braku tolerancji
do czegokolwiek.
7. Czy przeszkadzają Ci tzw. fejmy albo ich poczynania?
- Nie, naprawdę. Żyję z przekonaniem, że jeśli kogoś coś uszczęśliwia
to niech to robi dalej. Po co mam "hejtować" "fejmów", jeśli ich poczynania
sprawiają im satysfakcję? No, chyba, że są to nieetyczne poczynania.
8. Czy sądzisz, że każda osoba ma w sobie pierwiastek zła?
- Fajne pytanie. ... Trudne pytanie. Nie wiem. Każda osoba ma jakieś wady,
ale przecież "wada" to pojęcie względne. Hm. Kurczę. Nie odpowiem, sorry.
9. Które państwo Cię fascynuje?
- Do tej pory najbardziej zafascynowała mnie Irlandia. Wybranie się tam to będzie
spełnienie moich największych marzeń. Dlaczego? Otóż w pełni szczęśliwa czuję się
tam, gdzie jest zielono (wychowałam się w zielonym środowisku), więc gdybym
tam pojechała... Jezus, nie wiem. Raj po prostu.
10. Czy grasz w gry typu minecraft?
- Nie gram. Kiedyś próbowałam, ale mnie nie wciągnęło. Najbardziej
zainteresowana byłam grą w Metin2, ale to chyba trochę inna bajka.
11. Czy wierzysz w magię?
- Może nie powinnam, ale czuję, że gdzieś tam jednak w to wierzę.

A teraz moje propozycje. Ech. Niestety nie mogę nominować blogów, których autorzy nominowali mnie. Ponieważ mój zasób ulubionych blogów jest naprawdę mały, zaproponuję tylko dwa adresy:
  1. Za oryginalność i dojrzałość - Moje wszystko i nic. (mimo przerwy). 
  2. Za kreatywność i wizualną całość - Unrealizable.
Żeby nie przedłużać wpisu, pytania umieszczę w komentarzach.
 
A teraz, żeby utworzyć ten świąteczny klimat, chcę Wam wszystkim życzyć naprawdę Wesołych Świąt, jakkolwiek banalnie to brzmi. Ale niech będą spędzone w miłej, rodzinnej atmosferze, niech śniadanie wielkanocne będzie dobrze smakowało, a lany poniedziałek niech będzie porządnie oblany (wodą dla ścisłości ^^).
~ Życzy Maiahaoo.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Pasja, czyli Sudan Południowy i krowy.

A wszystko zaczęło się od Pana M.
Pan M. to mój nauczyciel fizyki. To także bardzo inteligentny i interesujący człowiek. Oczywiście odkrycie tego fenomenu zajęło mi trochę czasu, ponieważ pierwsze wrażenie wariata skutecznie przysłoniło osobowość pozytywnego ekscentryka.
Otóż dnia drugiego września 2013 roku Pan M., zapoznając nas z przedmiotem, zadał bardzo ważne pytanie: "Co jest waszą pasją?".
Yyy...
Słuchając wypowiedzi innych, narastała we mnie zazdrość. Taniec, muzyka, sport, szachy, a nawet kolekcja znaczków czy kamieni. Kuurdee.
 
〰
 
Zadręczając się brakiem pasji, wpadłam na znakomity pomysł (bo ja tylko na takie wpadam ^^).
Postanowiłam zmusić się do pasji! Bez sensu? Możliwe. Ale mój poziom desperacji nie pozwala mi wymyślić nic innego. I tak oto zaczęłam. Ponieważ od niedawna lekko zaczęły interesować mnie tematy o świecie i podróżach stwierdziłam, że fajnie byłoby poznać inne kultury. Tak wydałam moje ostatnie 10zł na miesięcznik "Traveler" i zaczęłam go studiować. Dzięki jednemu z artykułów dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak Sudan Południowy i zamieszkujące go plemię Dinków. Co ciekawe, Dinkowie bardzo cenią sobie krowy, które, jak się okazało, pośredniczą między ludźmi a bogami. To im właśnie przyporządkowują swój tryb życia. Warto też wspomnieć, że krowie odchody to tamtejszy kosmetyk na piękno. Także ze względów higienicznych zapewne nie odwiedzę tegoż to obszaru Afryki.
 
Wrażenia? Hm, trudno stwierdzić. Wiedza o kulturze plemienia Dinków sprawia mi satysfakcję, ale nie nazwałabym tego pasją. Zastanawiam się, czy zdobycie pasji nie jest czymś podobnym do zauroczenia. Takie "bum" i wiesz, że to jest to. Dlatego zmuszanie się do niej zapewne jest czymś głupim, ale... może coś z tego wyjdzie. A brnę w to dalej, bo mam w tym i drugi cel - pokonać lenistwo. To właśnie przez nie tak wiele mnie ominęło. Możliwe, że teraz miałabym aż nadmiar zainteresowań. Pff, ale co tam. Zamiast grać na fortepianie wolałam oglądać serial. Zamiast zakuwać wolałam spać. Wszystko, tylko nie rozwijać siebie. Brawo, Maja, brawo.
 
Mimo wszystko liczę na to, że niedługo sama będę mogła utożsamić się ze słowami Drew Karpyshyn: Dzięki pasji osiągam siłę. Dzięki sile osiągam potęgę. Dzięki potędze osiągam zwycięstwo. Dzięki zwycięstwu zrywam łańcuchy. No, kiedy nadejdzie ten dzień... wtedy będę mogła bić sobie brawo.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Sztuka patrzenia.

Ponieważ dopisuje mi dzisiaj dobry nastrój (dostałam 3 komplementy! ^^), niestety nie mam mojego duchowego natchnienia, czyli z góry muszę przeprosić wszystkich tych, którzy stwierdzili, że "fajnie piszę". Ale do rzeczy.
 
Otóż lubię obserwować zachowanie innych ludzi. Czuję się wtedy niczym serialowy "Dr. Cal" z Magii Kłamstwa. Oczywiście na mowie ciała nie znam się tak dobrze jak on, ale ćwiczę, ćwiczę. Jednak nie chodzi mi o sztukę czytania mowy ciała. Chodzi mi o sztukę patrzenia.
 
Harry and Ron *_*
 
Sztuka patrzenia? Tak. Brzmi dziwnie i tajemniczo, ale już wyjaśniam.
Jako niezwykle wrażliwa i empatyczna istota (do tego skromna), bardzo zwracam uwagę na patrzenie. Niestety mój cichy charakter rzadko kiedy wyróżnia się z tłumu szaleńców, przez co wiem, co to znaczy być niezauważonym. Podczas rozmowy zawsze dbam o to, żeby nikt nigdy się tak nie poczuł, bo wiem również, że to uczucie nie jest przyjemne.
 
Do dnia dzisiejszego nie spotkałam nikogo, kto dbałby o wygodę wszystkich podczas rozmowy. Kiedy zapoznajemy się z kimś nowym, zwykle zwracamy uwagę tylko na tego najbardziej wyróżniającego się "szaleńca". A ponieważ sama jestem mało wyróżniającym się "szaleńcem", rzadko ktoś zwróci uwagę na mnie. ALE! Dzisiaj zostałam mile zaskoczona. Na przerwie do koleżanki podszedł nowy kolega. Zaczął tłumaczyć jej matematykę (zauważyłam, że to najczęstsza metoda na podryw w naszym liceum), ale w tym tłumaczeniu zaskoczyła mnie jedna rzecz - zastosowanie drugiej osoby, liczby mnogiej czasownika. "Rozumiecie?". Wow. Na dodatek sam zerkał, czy obie słuchamy, mimo że osobiście mnie nie znał. Jednak to doceniłam - patrzenie. Może to brzmi głupio, ale taka banalna sprawa jak samo patrzenie ma bardzo dużą wartość. Szczególnie dla takich "niezauważonych".
 
Także apeluję do wszystkich, którzy cudem trafią na bloga. Patrzcie na innych, zauważajcie ich. Miło jest poczuć się docenionym i pewnie się ze mną zgodzicie. No, a dzisiejszy dzień chyba zanotuję w kalendarzu ;)
 
Pozdrawiam!

czwartek, 13 marca 2014

Bywają gorsze dni. Tym razem? Zmiany.

Dawno nie pisałam, ale tak już mam. Nieregularne wstawianie postów to jedna z rzeczy, które robię najlepiej. Oczywiście mnie to nie przeszkadza, ale jeśli znajdzie się już ktoś, kto lubi zerkać na moje "wypociny", pewnie inaczej to odbiera ;p
 
No, ale do rzeczy. Tym razem blog musi posłużyć mi za melancholijny pamiętnik.
Otóż ostatnio zauważyłam, że jedną z rzeczy, które potrafią popsuć mój dobry nastrój są... zmiany. Trochę to dziwne, skoro sama chcę zmienić swoje życie. Heh, taki tam paradoksik. Dlatego ta moja metamorfoza życiowa jest tak wolnym procesem. Kiedy próbuję coś zmienić zbyt szybko, ściska mnie serce. Ostatnio chciałam wzbogacić swoje życie towarzyskie. Nagle zaczęłam wychodzić częściej na spotkania. Niby fajnie, fajnie, ale po każdym spotkaniu łapała mnie "deprecha". Czułam się, jakbym włożyła za małe(?) buty... tak niewygodnie. Dlatego chyba zwolnię z tym wszystkim. Będę zmieniać życie mniejszymi kroczkami.
 
Just a bad day ..
 
Ale jeszcze mniejsze buty wkładam, gdy widzę, że zmieniają się moi starzy znajomi. Niby wciąż to oni, "heloł", ale każda zmiana w ich zachowaniu to kolejny gwóźdź w sercu... (czy jakoś tak).
Ech, muszę coś z tym zrobić. Tylko nie bardzo wiem co. Przecież życie innych ludzi nie zależy ode mnie, a tym bardziej nie powinnam się tak bardzo tym przejmować.
 
Dupa.
 
Ma ktoś jakąś magiczną poradę dla mnie? Uwielbiam pomagać ludziom, ale bywają dni, w których nie potrafię pomóc samej sobie. Chętnie "przeleżałabym" ten problem, ale to siedzi jednak w głowie i wolałabym go rozwiązać. Jakby ktoś był taki miły i poradził coś... byłabym wdzięczna. :)
 
Pzdr.

niedziela, 26 stycznia 2014

Magiczny sposób na to, by stać się człowiekiem z marzeń.

Przeglądając różne fora internetowe zauważyłam, że pojawia się coraz więcej pytań typu: "Co zrobić, by być pewnym siebie?", "Co zrobić, by schudnąć?", "Jak uczyć, żeby się nauczyć?" itp. itd.
Ostatnio trochę się zmieniłam, dlatego inaczej podchodzę do takich pytań niż kiedyś. Ba, kiedyś sama takie zadawałam. Obecnie wydaje mi się, że są to pytania zupełnie bez sensu.
 
* * *
 
Być może się mylę, ale mam wrażenie, że źródłem większości problemów jest nasze lenistwo. Pff, przecież komu będzie się chciało harować na to, by coś osiągnąć? Komu będzie się chciało ruszyć tyłek i ćwiczyć, "żeby schudnąć"? Przecież lepiej jest siedzieć i szukać "10 sposobów na..." niż wreszcie znaleźć sposób na siebie.
Ludzi, którym udaje się ruszyć tyłek osobiście podziwiam. Mój tyłek z dnia na dzień rusza się coraz bardziej. Trochę się "zleżał", ale da się to wyćwiczyć.
 
* * *
 
Pewnie zmartwię teraz osoby, które szukają magicznego sposobu na zmianę swojego życia. Niestety on nie istnieje.
Albo nie! Inaczej. Istnieje. Tym magicznym sposobem jest DZIA-ŁA-NIE. Jedno słowo, za którym kryje się praca, często niełatwa, odwaga i odpowiedzialność. Także jeśli chcesz coś zmienić w swoim życiu, już wiesz, co masz robić - ruszyć tyłek.
I jeżeli będziesz nim ruszać (uwaga: przenośnia), osiągniesz sukces.
 

Kurczę, poczułam się jak jakiś trener fitness.
A czy Ty ruszasz tyłkiem?

środa, 22 stycznia 2014

A co ogranicza Ciebie?

Ostatnio w moim życiu zaszło parę zmian. Niestety nie zawdzięczam tego sobie. Kilka miesięcy temu pewna "magiczna siła", zwana losem, naprowadziła mnie na ciekawą stronę. Z nudów przeczytałam jeden wpis, potem drugi... I tak jakoś się stało, że zmieniło się moje życie. Tak, o.
 
* * *
 
Lenistwo. Stres. Strach. Kurczę, nienawidzę tych gnojków. Do tej pory ograniczały mnie tak skutecznie, że chyba nie zrobiłam w życiu nic, z czego mogłabym być mega dumna. Przełamywanie siebie jest cholernie trudne, ale wydaje mi się, że to wysiłek, którego warto się podjąć. Czyż nie? Dlatego koniec z tym.
 
* * *
 
Ostatnio stwierdziłam, że nuda jest fajna. A wiecie dlaczego? Dzięki temu, że się nudzę znajduję takie ciekawe materiały jak ten filmik.
 
 
Być może nie dotrze do Was tak bardzo, jak dotarł do mnie. Ale jeśli teraz siedzisz i zastanawiasz się nad swoim życiem to przestań. Przestań myśleć i zacznij działać. Chyba to będzie moje motto życiowe. Chociaż nie jest zbyt inspirujące ;p
 
Powiem Wam, że mam wiele marzeń, jak każdy. Jednak ja zamierzam je spełnić. Tak, miewam gorsze dni, ale dupa. Pojęczę chwilę i biorę się dalej za siebie. Życie jest jedno i trzeba je wykorzystać. Tak, nawet jeśli "żyjemy po to, by umrzeć". Nie wierzę w to. Żyjemy po to, by żyć i pokonywać wszelkie ograniczenia, które sami sobie stwarzamy.
 
A czy coś ogranicza Ciebie?